sobota, 30 maja 2015

Niedługo zostaniemy parą...

Tak, wiem. Długo nie wstawiałam kolejnego rozdziału. Można chyba powiedzieć, iż to z lenistwa, ale to nie do końca tak, że mi się nie chce. Po prostu ostatnio w moim życiu dużo się dzieje, więc nie siedzę ciągle w domu i nie pisze kolejnych postów...
Niektórzy mogą powiedzieć, że w mojej książce za mało się dzieje, dlatego przypominam, to książka obyczajowa! Do tego za kilka rozdziałów będzie taki ,,wybuch", który odwróci losy całej książki. Ale więcej wam już nie zdradzę... :)

ROZDZIAŁ VIII
NIEDŁUGO ZOSTANIEMY PARĄ...
Nareszcie nasza baza. Doładowuję się na 100% i jadę napaść na bazę przeciwnika. W drużynie jestem wraz z Rafałem. Nie do końca wiemy, kto jest wrogiem, ale to chyba dwaj na oko  dziesięcioletni chłopcy. Przegrywam z nimi. Widać, że dość często tu chodzą. Zabawa jest naprawdę świetna, nie żartuję. Nawet dla takiej osoby jak ja. Jeden strzał odbiera 25% życia. By grać dalej, jak pewnie się domyślacie, trzeba wrócić do swojej bazy. Teraz ja muszę w kogoś strzelić! Jadę jak najszybciej za czerwonym światłem. Dojeżdżam i znienacka zabijam obu chłopców. Są zdziwieni. Później jak najszybciej uciekam. W naszym schronisku natrafiam na Rafała.
- Jak Ci idzie? - szepczę.
- No nieźle... - uśmiecha się. - A tobie?
- Lepiej żebyś nie wiedział - i oboje wybuchamy śmiechem.
***
Nagle dzwoni donośny dzwonek. To już koniec. Nie wiem gdzie jest wyjście. Wtedy Rafał łapie mnie za rękę. Moje serce zaczyna szybciej bić, a oddech staje się niespokojny. Wyrywam swoją rękę. On rozczarowany spogląda na mnie a później szepcze:
- Za mną.
I jadę za nim. Rzeczywiście po chwili jesteśmy w barze. Ściągamy i oddajemy sprzęt.
- Chcesz coś do picia? - pyta Rafał.
- Colę - odpowiadam.
- Poproszę dwie puszki Coli - zwraca się do obsługującego.
Bierzemy nasze napoje i siadamy przy dwu osobowym stoliku.
- Nic o tobie nie wiem - odzywa się.
- Nie do końca, jest co o mnie wiedzieć - spuszczam wzrok.
- Bez przesady! Czym się interesujesz? - nie daje za wygraną.
- Emm... Lubię czytać. Co? Wszystko, czasami sięgam po Hemingway'a a czasami po książki dla nastolatek. Teraz czytam ,,Igrzyska Śmierci".
- Czytałem to! Mimo, że dla ,,gimbusów" to dość dobra książka - uśmiecha się.
- To akurat prawda. A ty? Czym się interesujesz? - pytam.
- Pewnie, się nie spodziewałaś, ale kocham tańczyć i grać na pianinie.
- Serio? Haha, wybacz ale mnie to trochę bawi. Myślałam, że ze sportów to raczej grasz w nogę, albo w koszykówkę. Na pocieszenie powiem ci, że ja też kiedyś tańczyłam. Ale wypadek zrobił swoje...
- Tak, wiem. Co tańczyłaś? - robi wielkie oczy i nie może wyczekać odpowiedzi.
- Disco dance - śmieję się.
- Co cię bawi? - pyta widocznie zaskoczony.
- To, że jesteś tak bardzo wszystkiego ciekawy.
- No cóż - odpowiada. - Jeżeli niedługo mamy zostać parą - wzrusza ramionami, a ja delikatnie uderzam go łokciem. - Ała! - krzyczy i ponownie wybuchamy śmiechem.
- Która godzina? - pytam. Spogląda na zegarek i mówi:
- Piętnasta trzydzieści - odpowiada. - Ups, chyba muszę iść...
- A to czemu? - pytam zaciekawiona. Myślałam, że takie osoby jak Rafał mają mnóstwo czasu, bo w domu wszystko za niego robią.
- Mam jakąś tam imprezę dla znajomych moich rodziców i muszę tam być. O siedemnastej się zaczyna, ale mam pomóc w przygotowaniach - spuszcza delikatnie głowę.
- Ah, okej. To ruszamy?
- Ruszamy - i w tym momencie nie pytając mnie o zgodę, łapię za rączki u wózka i zaczyna mnie pchać. Oczywiście nie zaprzeczam mu, bo to by było niegrzeczne, a to pierwsza osoba która stwierdziła ,,że niedługo zostaniemy parą". 

poniedziałek, 11 maja 2015

Obwarzanki

Po dość długiej przerwie, która zaistnia po prostu z lenistwa, pojawia się kolejny rozdział. Wybaczcie, ale ostatnio nic nie chce mi się robić. Ale no. Zachęcam do czytania :).
<wybaczcie za niezbyt oryginalny tytuł, nie miałam w ogóle pomysłu>

ROZDZIAŁ VII
OBWARZANKI
Patrzę na zegarek. Jest równo 7;30. Dalej nie wierzę, że moja mama mogła tak zrujnować mi cały dzień. I to jeszcze sobotę! Chcę się jeszcze dziś zobaczyć z Rafałem, dlatego szybko wołam mamę. Pomaga mi mi się umyć, a poźniej sądowi mnie na wózku, jedynie w bieliźnie.
- Dasza radę się sama ubrać? - pyta.
- Jasne - uśmiecham się.
Już po chwili jestem gotowa przejechać próg mojego pokoju
- No proszę! Po raz pierwszy od bardzo dawna zdecydowałaś się na tak ładną spódniczkę! Och, co takiego się stało? - mówi uradowana mama,
- Nic wielkiego. Po prostu zrozumiałam, że nawet jako kaleka mogę korzystać z życia.
- Jako niepełnosprawna osoba - poprawia mnie mama.
- Jako niepełnosprawna osoba - powtarzam i patrzę się jej w oczy.
- Nareszcie! - znienacka podniosła głos. - Zrozumiałaś. Ale ja się pytam; kto ci w tym pomógł?
- Chyba ten ktoś, co tu będzie o 10:00.
- Aha! - kończy rozmowę moja kochana mama. Zawsze taka była, nie chciała wiedzieć wszystkiego o moim życiu, tak jak to niektóre mamy mają.
Kolejne dwie godziny mojego życia ciągnęły się niemiłosiernie. Głównym zajęciem było; jeżdżenie w tą i z powrotem. W końcu jednak przyszedł. Rozmowa była b e z n a d z i e j n a. To wszystko wygłądało dokładnie tak:

Ja: Hej!
On: Cześć! Idziemy?
Ja: Ugh... nie.
On: Jak to? Czemu?
Ja: Bo coś mi wypadło, a nie miałam do ciebie numeru.
On: Aha.
Ja: Przykro mi.
On: A tak właściwie co ważnego?
Ja: Sprzedawanie obwarzanków na rynku.
On: Aha.
Ja: No... Ten...
Cisza.
On: Kiedy kończysz?
Ja: O czternastej.
On: Przyjdę po ciebie i wtedy pójdziemy. 
Ja: Okej. Jakby co będę dokładnie koło Sukiennic.
On: Okej.
Ja: Pa.
On: Pa.

I wyszedł, trzaskając drzwiami, tak że moja mama aż podskoczyła.
- Coś się stało? - pyta.
- Nie... - odpowiadam. - Nie masz się czym martwić.  
- Powinnaś już się zbierać - mówi uśmiechając się. - Ja cię nie podwiozę.
- Jak to? Czemu? - dziwię się.
- Powinnaś się przewietrzyć.
- Będę na dworze trzy godziny! - podnoszę głos i mówię z lekką pogardą.
- Udam, że tego nie słyszałam - odpowiada.
Wiem, że jeżeli moja mama postawi na swoim, to się tego nie  oderwie. Dlatego, delikatnie poirytowana mówię;
- Dobrze, wiem. Pomożesz mi?
- Jasne.
Po kilkunastu minutach znajdujemy się na dole. Mamy taktykę. Najpierw mama znosi wózek, później mnie. Dlatego, że jestem trochę ciężka, dość długo to trwa. 
- Dziękuję - szepczę i czym prędzej kieruję się w stronę drzwi. 
Jadę, jadę i jadę. Delikatnie ręce mnie bolą, ale myślę, że dam radę. Nagle zauważam koło siebie niewielką, lecz piękną łąkę. Biegają po niej dzieci. Gonią się wzajemnie, robią razem wianki z kwiatów. Próbują zrobić fikołka i gwiazdę. Tak bardzo, tak bardzo chciałabym teraz wstać z wózka, pobiegać wraz z nimi. Po moich policzkach zaczynają  powoli spływać łzy.
- Spokojnie, muszę być silna - szpeczę sama do siebie. Momentalnie odwracam głowę i przyspieszam tempa. Po kilku minutach jestem na miejscu. Mama wcześnie rano przygotowała dla mnie stoisko. Była piekarką. Zazwyczaj ona siedziała tutaj po kilka godzin, teraz czas na mnie. Przysuwam wózek do mojego stanowiska i pierwsze co robię to wyciągnięcie książki ,,Igrzyska Śmierci". Tak, dopiero teraz mam czas ją poczytać. Tylko troszkę poczekała, nie szkodzi. Powoli zagłębiam się w przygody odważnej, silnej Katniss. Chciałabym być taka jak ona. Mieć siłę przetrwać. Ale nie na Głodowych Igrzyskach. Przetrwać wszystkie truności, jakie zafundowało mi życie. Już za chwilę przychodzi pierwszy klient, dlatego momentalnie podnoszę wzrok.
- Dzień dobry - mówię przyjaźnie.
- Dzień dobry - mówi kobieta o zielonych oczach. Nie wiem dlaczego, zawsze zwracam na to uwagę. - Wojtuś, uspokój się. Zaraz Ci kupię tego pluszaka.
- Co dla pani? - pytam i szeroko się uśmiecham.
- Dwie z solą i jedną z makiem. - odpowiada - Dla mojego kochanego smerfa Wojtka - dodaje i odwraca wzrok w stronę małego dziecka, które trzymała za rękę.
Szybko wybieram odpowiednie obwarzanki i podaję kobiecie.
- Dziękuję i do widzienia! - podnoszę głos, ale matka już pobiegła za swoim synkiem, który gdzieś jej uciekł. Ponownie zniżam głowę i zaczynam czytać.
***
Patrzę na zegarek. Za dwie druga. Mimo to Rafał już przyszedł. 
- Cześć Katherine, jak poszła sprzedaż? - pyta, a przy tym próbuję nie wybuchnąć śmiechem. Jak zwykle, wszystko go bawi.
- Dobrze - przewracam oczami. - Co nam przygotowałeś? - dodaję.
-  Zobaczysz. Musisz to pozbierać? - wskazuję na stoisko z obwarzankami.
- Nie moja mama się tym zajmie - odpowiadam.
- To chodź - mówi i łapie mnie za rękę. Mimowolnie jadę za nim. Po kilku nawet dziesięciu minutach jesteśmy na miejscu. Przed sobą widzę duże metalowe drzwi. Nad nimi jest czerwony napis, namalowany spray'em ,,Jak na wojnie". Wszystko mieści się w jakiś starych, zapustoszałych budynkach, które znajdowały się dość daleko od centrum.
- Gdzie my jesteśmy? - pytam, lekko szczerze mówiąc, wystraszona.
- Na paintball'u laserowym.
- Rafał, ja nie wiem czy mogę - odzywam się.
- Możesz. Pytałem się ich, spokojnie.
I tak oto przekraczamy metalowy próg tego bloku.


piątek, 24 kwietnia 2015

Międzynarodowy Dzień Książki i Praw Autorskich

Z okazji, że wczoraj (spóźnienie, wybaczcie) był Międzynarodowy Dzień Książki chciałam zorganizować konkurs. Są dwie części, w których można wziąć udział. Część pisemna i część artystyczna. Nagrodą główną będzie film - ekranizacja pierwszej części ,,Igrzyska Śmierci". Później będzie raczej promowanie.

CZĘŚĆ I
ARTYSTYCZNA
Za zadanie masz narysować jedną z tych czterech postaci - Katheryn, Rafał, Hania, Nastka.
Rysunek musi przedstawiać jakąś scenę z mojego bloga.

Na co będę zwracać uwagę?
- estetyka pracy
- dokładność 
- znajomość mojego bloga.

CZĘŚĆ DRUGA
PISEMNA
Jak będzie wyglądała przyjaźń Hani z Katheryn i Nastką za dwadzieścia lat? Napisz to z jej (Hani) punktu widzenia. 

Na co będę zwracać uwagę?
- długość (żeby mi nikt nie wysyłał sześciu zdań)
- orginalność
- ilość błędów
- ładne, rozbudowane zdania
- znajomość mojego bloga.

Prace wysyłamy na mój e-mail; mpazdan@icloud.com albo na mój profil na facebook'u. Nazywam się Martyna Pazdan, mieszkam we Wrocławiu. To chyba wystarczy.
Konkurs trwa aż do 28 czerwca, więc macie dużo czasu.

No to, weny i nadzieji na wygraną życzę.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Tak już jest.

No to zapraszam do czytania kolejnego rozdziału! Chyba na razie najciekawszego ;).
Mam pytanko; Czy chcielibyście na tym blogu opinie np. książek, które przeczytałam lub filmów, które obejrzałam? Bo jak dla mnie to świetny pomysł. Sama często czytam tego typu rzeczy. No więc, no XD.


ROZDZIAŁ VI
TAK JUŻ JEST.
- To co? - pyta Rafał. - Co Ciebie dręczy?
- Nie mogę Ci powiedzieć - odpowiadam automatycznie.
- Musisz. Taka była umowa. Ja Ciebie zabieram na spacer do parku, a Ty mi mówisz dlaczego jesteś smutna - tłumaczy się.
- Nie mogę.
- No cóż, musisz - niestety, stawia na swoim. Po kilku minutowej ciszy szepczę;
- Pokłóciłam się z mamą, która ostatnio wcale mnie nie rozumie.
- Nie dziwię się jej - uśmiecha się tak głupio, że muszę się powstrzymywać od wymalowania szczęścia i na mojej twarzy.
- Co? - pytam oburzona.
- Jesteś bardzo zagadkowa, Katherine. 
- A Ty niby skąd to wiesz? - powoli zaczynam się na niego złościć, ale to nie może potrwać długo. Poprzestaję po tym, jak Rafał, po raz kolejny uśmiecha się do mnie chyba najszerzej, jak umie.
- Wszyscy to wiedzą. Pełno chłopaków próbowało do Ciebie zagadać, ale żadnemu nie   wyszło. Później mi się żalili.
- Nie, najwyraźniej robili sobie ze mnie żarty - mówię, nie wierząc w to, że ktokolwiek mógłby się mną zainteresować, oprócz Hani i Nastki, które przyjaźniły się ze mną od dzieciństwa.
- Nie masz pojęcia, w jaki sposób inni na Ciebie patrzą.
- Rafał! - krzyczę do niego po imieniu. Nagle umilkł. Po chwili jednak odpowiedział:
- Tak?
- To niemożliwe żeby którykolwiek chłopak z naszej szkoły podkochiwał się w tak brzydkiej kalece jak ja - mówię, spuszczając głowę. - Ale nie martw się, jestem do tego przyzwyczajona. 
Nie odzywamy się do siebie aż do chwili, gdy znajdujemy się pod moim blokiem.
- Która godzina? - pytam.
- Osiemnasta - odpowiada prędko.
- Głupio mi Ciebie o to prosić, ale może mógłbyś mnie wprowadzić na górę?
- To zależy. Spotkamy się jutro?
- W parku? - uśmiecham się.
- Mam coś innego w planach. Przyjdę pod Twój dom jutro o dziesiątej.
- Okej - odpowiadam szczerze szczęśliwa.
Do wieczora po mojej głowie chodzą przeróżne myśli. Wspominam każdą sekundę spędzoną z Rafałem. Kiedy tylko to robię, od razu śmieję się od ucha do ucha. 
Kiedy wszystko opowiem Hani i Nastce na pewno będą jeszcze bardziej podekscytowane niż ja. Będą cieszyć się moim szczęściem. Tak już jest z przyjaciółmi. 
Od razu kiedy wróciłam do domu, pogodziłam się z mamą. Przeprosiła mnie i powiedziała, że chyba nie wie, jak to jest być kimś innym, kiedy nikim innym nie była. Naprawdę żałowała swoich słów. Tak już jest z rodziną. 
Wszystko było takie piękne, ale nikt nie może zasmakować tej radości za długo. Tak już jest z życiem.
- Załatwiłam ci pracę, kochanie! - podniosła głos uradowana mama, gdy jadłyśmy kolację.
- Co proszę?! - krztuszę się i wypluwam kawałek chleba.
- Będziesz sprzedawała obwarzanki na krakowskim rynku. Pokrzyżowałam Ci coś?
- To zależy. Od której godziny? - staram się być miła po dzisiejszej kłótni.
- Od jedenastej do czternastej trzydzieści - odpowiada bez kompletnego wzruszenia.
- O, nie... - mruczę pod nosem.
- Umówiłaś się gdzieś? 
- Tak. Obiecałam komuś, że się jutro spotkamy. 
- No to zadzwoń do Nastki albo tam Hani...
-  Nie z nimi.
- No to zadzwoń do tego kogoś - mówi lekko zdenerwowana - i powiedz, że możecie się spotkać, ale późnej.
- Tylko, że ja nie mam do niego numeru - odpowiadam.
- Niego? To stąd ta radość na twojej twarzy dzisiaj! - uśmiecha się mama, a ja oblewam się rumieńcem. - A o której przyjdzie?
- O dziesiątej - mówię bez wahania. Nie zapomniałabym godziny tego spotkania.
- To jak przyjdzie to mu powiesz. A teraz idź się wykąp!
***
Po zadbaniu o moją higienę kładę się spać. Jak ja przeżyję jutrzejszy dzień? Naprawdę, mama miała świetny pomysł z tą pracą! Po kilku godzinach bezsenności, decyduję się, że spróbuję pomyśleć o czymś innym. Jak zawsze, gdy nie mogę zasnąć, przypominam sobie pewien wiersz. Znam go na pamięć;

Tak wygląda mój wielki maturalny sen: 
siedzą w oknie dwie małpy przykute łańcuchem, 
za oknem fruwa niebo 
i kąpie się morze. 

Zdaję z historii ludzi. 
Jąkam się i brnę. 

Małpa, wpatrzona we mnie, ironicznie słucha, 
druga niby to drzemie - 
a kiedy po pytaniu nastaje milczenie, 
podpowiada mi 
cichym brząkaniem łańcucha. 

I nagle zasypiam wsłuchana w te piękne słowa Wisławy Szymborskiej
 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Co polecam?

Blogi, które polecam;

6odcieni mnie.blogspot.com
bezmgly.blogspot.com
miastoherosów.blogspot.com (fajnie się zaczyna ;) )
narkomanka-opowiadanie.blogspot.com
notnormalgirblog.blogspot.com
malapisareczka.blogspot.com

Książki, w których się zakochałam;

,,Gwiazd Naszych Wina" John Green
,,Uszy Do Góry" Irena Landau
Cała seria ,,Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy" Rick Riodan
Pierwsza część serii ,,Oddechy" - ,,Powód, by oddychać" Rebecca Donovan (resztę trylogii jeszcze przeczytam)
Trylogia ,,Igrzyska Śmierci" Suzanne Collins

Filmy, które są naprawdę ciekawe;

,,Niezgodna" i ,,Zbuntowana" reż. Neil Burger
,,Niemożliwe" reż. Juan Antonio Bayona

Strony na facebook'u, które czytam;

Dwie miłości-pisarstwo i czytanie.
Pozbierać się jest dziesięć razy trudniej niż rozsypać - Finnick
(Haha, nie myślcie sobie, że dam linki, sami sobie znajdźcie XD)

No to już chyba na tyle. Dodałam ten post, nie tylko po to by zareklamować (ale to też XD), chciałam po prostu się wreszcie z tym wszystkim podzielić. Ale uwierzcie mi na słowo, jeżeli poznacie światy tych książek, filmów i stron nie będziecie zawiedzieni.

Miłego dnia życzę!

niedziela, 29 marca 2015

Rafał Kwiatkowski zaprasza mnie na spacer po parku.

Od tej pory posty będą pojawiały się co raz to częściej, lecz będą bardzo krótkie. Myślę, że to będzie lepsze niż czekanie na posty kilka tygodni.
Miłego czytania życzę!

Rozdział V
RAFAŁ KWIATKOWSKI ZAPRASZA MNIE NA SPACER PO PARKU
- Czemu płaczesz? - pyta mnie na oko piętnastoletni chłopak o cudownych przejrzystych, błękitnych, orzeźwiających.... (dobra nie będę dalej nic mówić bo wymyśliłabym określeń na dwie strony A4) oczach i jasno brązowych włosach dosiadając się do mnie. Stwierdzam, iż to jest ten przystojny facet, w który się kiedyś ,,kochałam" - Rafał.
Na jego głos aż podskakuję. Wtedy Rafał uśmiecha się tak bardzo seksownie, że aż nie wiem co powiedzieć. W końcu wypowiadam coś co brzmi beznadziejnie;
- Yyyy.... Hej Rafał.
- Znasz moje imię? - dziwi się.
- Jak chyba każdy. - przewracam oczami.
- Aż głupio mi powiedzieć, że ja twojego nie znam.
- Katherine.
- Katherine? Nie jesteś z Polski?
- Jestem. Tylko, że mój ojciec pochodził z USA, no i stwierdził, że chyba można mnie nazwać po angielsku...
- Ah. Wracając do mojego poprzedniego pytania; Co się takiego stało, że płaczesz? - mhm... musi do tego wracać. Musi, musi, musi.
- Już nie płaczę.
- Ale płakałaś.
- Bo mam problemy. 
- Jakie? - otwiera szeroko oczy, przez co nie odpowiadam przez pół minuty.
- Yyy... Myślisz, że Ci się teraz tu wyżalę?
- Nie, ale może w parku - odpowiada. - Masz czas? - dodaje.
Czy Rafał Kwiatkowski w tej sekundzie mego życia zaprosił mnie na coś w rodzaju randki?
- Yyyy... No tak, ale najpierw chyba pójdę do toalety - uśmiecham się.
Szybko odjeżdżam pełna strachu. Jeszcze nigdy nie byłam na randce!
Spoglądam w lustro i uświadamiam sobie, jak bardzo jestem brzydka.
Rok kompletnego nie dbania o siebie, chyba coś zmienił.
Spanikowana szukam w torebce czegoś, czym mogłabym choć minimalnie poprawić swój wygląd. Znajduję jedynie pomadkę, szczotkę oraz tusz do rzęs. Skąd on się tam wziął? Dobra, nieważne. W pośpiechu czeszę włosy, myję twarz, smaruję usta pomadką i maluję rzęsy.
Wyjeżdżam i uśmiecham się bardzo szeroko w kierunku Rafała. Zdaję sobie sprawę, że uśmiecham się po raz pierwszy od bardzo dawna. Nawet w dniu powrotu do domu robiłam miny uśmiecho-podobne.
Coś czuję, że od tej chwili coś w moim życiu się zmieni. I to będzie duża zmiana.

poniedziałek, 9 marca 2015

Czy ta kłótnia musiała zajść?!

Dzisiaj rozdział dość krótki, ale nie martwcie się. Następny będzie dużo dłuższy i ciekawszy. 
Życzę miłego czytania!

ROZDZIAŁ IV
CZY TA KŁÓTNIA MUSIAŁA ZAJŚĆ?!
Wchodzę do domu. Mama siada na starej, strzępionej kanapie. Ach tak. Zapomniałam po raz kolejny, że to przeze m n i e rodzice nie mają pieniędzy. Robi mi się bardzo smutno. Siadam koło niej i zaczynam mówić:
- Mamo, tylko rozmawiajmy, okey? Nie chcę kłótni.
- Jasne. Mów kotku. - odpowiada spokojnie.
- Chodzi o ludzi. Tak okropnie się dziwnie przy mnie zachowują.
- Na przykład jak? - pyta. 
- Patrzą na mnie tak dziwnie, no i ciągle chcą mi pomagać.
- I co w tym złego? - dziwi się.
- To, że mnie to wkurza - mówię.
- Nie myśl tylko o sobie Katheryn. Oni chcą Ci pomóc. 
- To im nie wychodzi - odpowiadam błyskotliwie.
- Przesadzasz córeczko.
- P R Z E S A D Z A M?! - wrzeszczę zaskoczona słowami mamy.
- Jak najbardziej. I to stanowczo - mówi bez wzruszenia.
- Ty nic nie wiesz o tym jak to jest być kaleką! N i c ! Nie wiesz jak to jest budzić się z świadomością, że już nigdy nie pobiegniesz, a co jeszcze gorsze nigdy nie zatańczysz! Nie wiesz jak to jest być uwięziona godzinami na krześle, z którego s a m a się nie ruszysz. Nie wiesz jak to jest wysłuchiwać tych wszystkich porąbanych współczuć!
I tych wszystkich ,,Ojej biedactwo, pomóc Ci?".
- Coś o tym wiem, bo mam niepełnosprawną córkę.
- Nie mamo! Tylko ci się wydaje, że wiesz, ale tak nie jest. Nie mam ochoty na rozmowy. - I po tych słowach kieruję wózek w stronę drzwi oraz ubieram kurtkę.
- Gdzie idziesz? - pyta mama.
- Nigdzie. Jak już to jadę. - odpieram i wychodzę. Zapomniałam o jednym. Cholerne schody. Nagle zauważam na oko dwudziestoletnią kobietę, o pięknych niebieskich oczach i jasno brązowych włosach. Uśmiecha się do mnie. Na pewno nie odmówi pomocy.
- Pomoże mi pani? Chciałabym pobyć na dworze, ale trochę mi schody przeszkadzają.
- A twoja mama? - pyta.
- Jest zajęta - mówię ze smutkiem.
- No dobrze słonko.
Po niedługiej, lecz ciężkiej chwili jestem na dworze. Decyduję się pobyt w Starbucks'ie, więc zmierzam w stronę kawiarni. Uch, nareszcie. Mogę wypić kawę i się wpłakać. Super. Podjeżdżam do lady i mówię:
- Jedno Cappucino, poproszę.
- Już robię. Proszę usiąść przy stole, zaraz przyniosę.
Kusiło mnie, aby powiedzieć ,,ja już siedzę" ale się powstrzymałam.
Opieram się o metalowy, turkusowy stół i decyduję, że to świetne miejsce na okazywanie mej depresji. Która chyba nigdy nie ustanie. Tak sobie myślę, że płaczę w takim fajnym miejscu. Przyjaciele umawiają się tu na kawę albo na desery. Śmieją się. Wygłupiają. Pary całują się przy wygodnych fotelach ustawionych nieco dalej od mojego stolika. Obsługujący cieszą się z hajsu. A ja tu płaczę. I to jeszcze jest to moje ulubione miejsce to okazywania smutku. Dlaczego? 
Wtedy kelnerka przynosi moją kawę. Biorę jeden duży łyk i wspominam wszystko od początku...

środa, 18 lutego 2015

Dzień Traktowania Mnie Jakbym Była Małym Kotkiem, Który Nie Umie Nic Robić I We Wszystkim Trzeba Mu Pomagać

ROZDZIAŁ 3
 DZIEŃ TRAKTOWANIA MNIE JAKBYM BYŁA MAŁYM KOTKIEM, KTÓRY NIE UMIE NIC ROBIĆ I WE WSZYSTKIM TRZEBA MU POMAGAĆ
Pakuję się pełna obaw. Nie chodziłam do szkoły od kilku miesięcy, a teraz znowu nadeszła nauka. W sumie nie do końca. Kiedy byłam w szpitalu dużo nadrabiałam i uczyłam się bardzo pilnie. Mimo to boję się jak sobie poradzę... ,,Spokojnie"- powtarzam w myślach - ,,Hania i Nastka będą koło Ciebie".
Jestem już gotowa. Wyjeżdżam z pokoju, aby zjeść śniadanie. Przy stole siedzi już mama. Taty nie ma bo wyszedł już wcześniej. Podjeżdżam bliżej stołu i zaczynam podgryzać kanapkę.
- Podekscytowana? - pyta mama.
- Taaa... I to jak! - odpowiadam sarkastycznie.
- Będzie dobrze... Jak się dziś czujesz?
- Trochę kręci mi się w głowie, ale poza tym, chyba jest okej - mówię spokojnym tonem. 
Po chwili odsuwam kanapkę. Nie chce mi się jeść.
- Nie jesz już? - dziwi się mama.
- Nie.
- To dobrze, że zrobiłam Ci więcej do szkoły!
Nagle zaczyna dzwonić dzwonek. To na pewno Hania! Co tak wcześnie? No cóż, biorę szybko plecak i jadę do przedpokoju. Otwieram drzwi. To rzeczywiście moja przyjaciółka.
- Wejdź - mówię. - Muszę się jeszcze ubrać.
- Pomóc Ci?
- Tak, poproszę - odpowiadam zawstydzona.
W końcu opuszczamy dom.
***
Jesteśmy dwadzieścia minut przed lekcjami. To dobrze, bo Hania zdąży rozebrać i siebie i mnie.
Po ściągnięciu kurtek, szalików i czapek kierujemy się w stronę windy. Tak, mamy w szkole windę! Kiedyś do naszej szkoły chodził inny kaleka i dla niego ją zbudowali. Teraz działa dla mnie. Zaczynają mnie nachodzić coraz gorsze myśli i obawy.
Kiedy wyjeżdżamy/wychodzimy z windy, na korytarzu jest już kilka osób. Oczywiście wszyscy się na mnie gapią jak... jak na zwierzę. O, właśnie, zapomniałam, że dzisiaj będzie Dzień Traktowania Mnie Jakbym Była Małym Kotkiem Który Nie Umie Nic Robić I We Wszystkim Trzeba Mu Pomagać. Cóż... mam nadzieję, że to wytrzymam.
Jest coraz  więcej uczniów i coraz więcej dziwnych spojrzeń na mnie. 
- Nie wytrzymam tego - szepczę do Hani, a ona tylko się krzywi. Nagle wchodzi Nastka.
- Hej dziewczyny! - krzyczy.
- Hej - odpowiadam razem z Hanią, a później zamykam oczy.
- Dlaczego zamknęłaś oczy? - dziwi się.
Pokazuje jej aby się przybliżyła.
- Nie wytrzymam tych spojrzeń - szepczę po raz drugi.
- Ech, nie przesadzaj - odpowiada.
W tym problem, że nie przesadzam, a Nastka dobrze o tym wie. Teraz właśnie staję się szkolnym tematem numer jeden. Chciała mnie tylko pocieszyć. Niestety, nie udało jej się to.
***
Jest język polski. No niech te lekcje się już skończą! W ogóle nie myślę o tym co mówi nauczycielka. Ciągle myślę o czymś innym. Ciągle myślę o tym samym. Nagle zabrzmiewa dzwonek. ,,Nareszcie" myślę i zaczynam się pakować. Daję plecak na kolana i wyjeżdżam z klasy. Na korytarzu czeka na mnie Amelka.
- Słuchaj, może wrócisz ze mną? - pyta.
Dziwię się, bo Amelka, największy fejm w szkole, nigdy się ze mną nie zadawała.
- Do mnie mówisz? - upewniam się.
- Tak, złamasie - mówi i zaczyna się uśmiechać.
No tak. Amelka do wszystkich mówi ,,złamasie".
- Jeju, słabo Ciebie znam - odpowiadam.
- Czas najwyższy abyśmy się poznały - mówi i patrzy prosto w me oczy.
- Okej, możemy razem wracać. W sumie Hania i Nastka wracają z Julką samochodem - 
mówiąc to robię bardzo dziwną minę.
- Popchać cię? - pyta.
Ile razy ktoś jeszcze będzie chciał mi pomóc?! Na chuja mi taka pomoc.
- Nie - odpowiadam opanowując nerwy.
  Idziemy w milczeniu aż w końcu się odzywam:
- Dlaczego idziesz ze mną a nie ze swoimi przyjaciółkami?
- Bo chcę z tobą - odpowiada Amelka i uśmiecha się.
- Mhmm... A tak serio? - pytam.
- Bo Ci współczuję. A Ty pewnie nie chciałaś wracać sama co? Do tego ja nie mam prawdziwych przyjaciół.
Powstrzymuję się po raz kolejny od powiedzenia jej, że nie musi mi współczuć. I że nie musi ze mną iść. Dlatego mówię:
- Co Ty gadasz? Jak to nie masz prawdziwych przyjaciół?
- No tak. One by mi nie pomogły jakbym była na twoim miejscu. Nie to co Hania i Nastka...
Mówiąc to zaczęły lecieć jej łzy z oczu. Przykro mi przyznać, ale Amelka ma rację. Spuszczam głowę i decyduję, że przemilczę resztę drogi. Kiedy zostaje nam tylko około stu metrów do celu, czuję, że się przemęczam od ciągłego wymachiwania rękami. Na szczęście, Amelka też to zauważa i nie odzywając się do mnie, zaczyna pchać wózek. Dochodzi do bloku w którym mieszkam i zaczyna się rozglądać.
- Gdzie winda? - pyta.
- Nie ma - odpowiadam -ale spokojnie, nie będziesz musiała mnie wprowadzać na górę. Moja mama się tym zajmie.
- Uf...
- Możesz już iść, poradzę sobie.
- No to do jutra!
- Pa! - mówię i wyciągam komórkę.
- Już jesteś w bloku? - słychać moją mamę.
- Tak, czekam na Ciebie.
Połączenie zakończone. Już słyczę kroki mamy.
- Kochanie! Cześć.
- Cześć - mówię - Czy mogłabyś ze mną o czymś porozmawiać?
-Jasne- odpowiada - Co się stało?
- Może porozmawiajmy w domu? - pytam 
- No okej, jasne.
I wleczemy się po schodach, nie wiedząc, że nasza przyszła dyskusja zamieni się w kłótnię.

sobota, 14 lutego 2015

Witaj w domu!

Dzisiaj rozdział będzie wyjątkowo krótki. Przepraszam, jak chcieliście czegoś więcej.
Polecam dwa blogi:
tworcanowejhistorii.blogspot.com oraz Haniadiary.blogspot.com

ROZDZIAŁ DRUGI
WITAJ W DOMU
Kiedy weszłyśmy do domu (po długich męczarniach na schodach), byłam mile zaskoczona. Dwie moje najlepsze przyjaciółki, Anstazja i Hania wraz z tatą krzyczały teraz ,,Witaj w domu", a nad ich głowami wisiał transparent z takim samym napisem. Wszędzie tarzały się balony. Wszyscy do mnie podbiegli i każdy dał mi przytulaska. To już był świetny prezent, ale oni zdecydowali, że dadzą mi coś jeszcze za ,,odwagę".
-Medal?- zaśmiałam się.
-Nie....- odpowiedział tato
-To pewnie książkę.
-Tak, ale jaką?- dopowiedziała Nastka
-Hmmm... nie wiem.
-,,Igrzyska Śmierci"!- nie wytrzymała Hania.
Szczerze się uciszyłam z tego prezentu. Od dawna chciałam to przeczytać. Słuchałam wiele opini, i często w wypowiedziach powtarzały się słowa takie jak ,,fenomenalne", ,,najlepsze" lub ,,niesamowite".
Bawiliśmy się razem bardzo wesoło. Rozwaliłam wraz z koleżankami cały pokój. To był chyba Najzabawniejszy Dzień W Moim Życiu. Może pielęgniarka miała racje mówiąc, że wrócę do dawnych czasów? Że będzie tak samo jak wcześniej? Musi się coś zmienić, ale co? Wkrótce miałam poznać odpowiedzi.
Kiedy o godz. 00:06 zdecydowałam, że pójdę spać, do pokoju weszła mama.
-Podobał Ci się dzisiejszy dzień?- zapytała
-A jak miało być nie fajnie? Tak się nie da! Ale...- odpowiedziałam powoli przyciszjąc głos.
-Ale co?
-Czy WY jesteście szczęśliwi?- wyparowałam
Sporo czasu zastanawiała się nad wypowiedzią
-Tak. I to bardzo. Nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy nie być? Dlatego, że jesteś niepełnosprawna? Skądże, jesteśmy silni i sobie poradzimy, wierzę w to. To nie jest najbardziej stromy schodek w naszym życiu, Katrhyn. Musisz tylko w siebie uwierzyć, córeczko...
-Przemyślę to sobie, mamo- obiecałam -ale na razie chcę spać. Dobranoc.
-Dobranoc- powiedziała, wychodząc z pokoju. I zgasiła światło. Zgaszając jednocześnie mnie, tak, aby jutro mnie zapalić. Wystarczy, że powie jedno słowo, a będe światłem.


czwartek, 12 lutego 2015

Nowy rozdział mojego życia

ROZDZIAŁ I 
NOWY ROZDZIAŁ MOJEGO ŻYCIA
Budzę się. Pierwsze co robię to wyjrzenie przez okno. Jest mgliście, przez co mój humor będzie jeszcze gorszy. Powoli, jak co rano, przypominam sobie fakty o sobie. Nazywam się Katerhyn. Mam 13 lat. Pochodzę z Polski, ale mój tato jest Anglikiem. Jestem kaleką... Kiedy myślę o ostatnim fakcie obracam się na brzuch i zaczynam płakać. Sięgam po moją ulubioną książkę - ,,Gwiazd Naszych Wina" i czytam na głos ,,depresja to skutek uboczny raka (...). W sumie to wszystko jest skutkami ubocznymi raka" Zgadzam się z tym, ale zmieniłabym słowo ,,rak" na ,,kalectwo". Nagle wchodzi pielęgniarka:
-Witaj skarbie! Dlaczego masz czerwone oczy? Czyżby znowu napad twej depresji?
-Tak- odpowiadam cicho.
-Nie możesz być dzisiaj smutna! To ten dzień!- mówi z udawanym entuzjazmem.
-Jaki dzień?- wypowiadam, choć doskonale wiem co się dzisiaj stanie. Widzę, jak pielęgniarka przewraca oczyma.
-Dzień powrotu do domu! Spakuj się, o 12:00 przyjedzie po ciebie mama!
-Dobrze- mówię smutno i pielęgniarka zaczyna mnie ustawiać na wózku, a później wychodzi.
Powinnam chyba opisać wam Najgorszy Dzień W Moim Życiu, jak na to mówię.
Tak więc, wracałam ze szkoły z moimi ,,rozwrzeszczanymi" i ,,zdradzieckimi" koleżankami (jak to moja mama mówi). Kiedy przechodziłam przez ulicę, nawet nie raczyłam spojrzeć, czy jedzie jakiś samochód. Nagle upadł mi telefon. Podniosłam go i popatrzyłam za moimi koleżankami. Zdążyły już przejść przez ulicę, a teraz coś krzyczały. Jak głupia ciągle stałam na środku ulicy. Nie mogłam nic usłyszeć, ale w końcu Hania krzyknęła bardzo wyraźnie ,,auto" i zrozumiałam. Zdążyłam tylko zamknąć oczy i spojrzeć na kierowce. Prowadziła młoda kobieta. Była bardzo ładną blondynką o niebieskich oczach. Rozmawiała przez telefon i patrzyła się w okno. Później był tylko przeszywający całe ciało ból...
Hmmmm, pewnie myślicie, że się cieszę, bo w końcu wracam do domu. Wcale. Nie chcę mieszkać z moimi cudownymi rodzicami, którzy co rano, jak będą na mnie patrzeć, będą myśleć tylko o mnie i o moim kalectwie. Nie chcę aby mieli depresje. Nie chcę patrzeć, jak płaczą, co się mi już zdażyło.
Koniec szykowania i pakowania. Mam już chyba wszystko. Patrzę na zegarek, jest 11:50. Wyjeżdżam na hol, gdzie czeka na mnie pielęgniarka, ta sama, która była dzisiaj u mnie rano. 
-Dalej Katerhyn! Czeka na Ciebie inne życie. Takie jakie miałaś w dzieciństwie.
Nie odpowiadam. Zjeżdżamy windą, no bo ja nie mogę chodzić...
Patrzę na mini vana rodziców. Mama już do mnie podbiega. Ma łzy w oczach. Cieszę się, że są to łzy szczęścia. Przytula mnie mocniej niż kiedykolwiek w życiu.
-Kochanie, wreszcie nadszedł ten dzień.
-Taaak.
Wsiadamy do auta.  
No i tak właśnie zaczyna ,,nowy rozdział mojego życia".