Po dość długiej przerwie, która zaistnia po prostu z lenistwa, pojawia się kolejny rozdział. Wybaczcie, ale ostatnio nic nie chce mi się robić. Ale no. Zachęcam do czytania :).
<wybaczcie za niezbyt oryginalny tytuł, nie miałam w ogóle pomysłu>
ROZDZIAŁ VII
OBWARZANKI
Patrzę na zegarek. Jest równo 7;30. Dalej nie wierzę, że moja mama mogła tak zrujnować mi cały dzień. I to jeszcze sobotę! Chcę się jeszcze dziś zobaczyć z Rafałem, dlatego szybko wołam mamę. Pomaga mi mi się umyć, a poźniej sądowi mnie na wózku, jedynie w bieliźnie.
- Dasza radę się sama ubrać? - pyta.
- Jasne - uśmiecham się.
Już po chwili jestem gotowa przejechać próg mojego pokoju
- No proszę! Po raz pierwszy od bardzo dawna zdecydowałaś się na tak ładną spódniczkę! Och, co takiego się stało? - mówi uradowana mama,
- Nic wielkiego. Po prostu zrozumiałam, że nawet jako kaleka mogę korzystać z życia.
- Jako niepełnosprawna osoba - poprawia mnie mama.
- Jako niepełnosprawna osoba - powtarzam i patrzę się jej w oczy.
- Nareszcie! - znienacka podniosła głos. - Zrozumiałaś. Ale ja się pytam; kto ci w tym pomógł?
- Chyba ten ktoś, co tu będzie o 10:00.
- Aha! - kończy rozmowę moja kochana mama. Zawsze taka była, nie chciała wiedzieć wszystkiego o moim życiu, tak jak to niektóre mamy mają.
Kolejne dwie godziny mojego życia ciągnęły się niemiłosiernie. Głównym zajęciem było; jeżdżenie w tą i z powrotem. W końcu jednak przyszedł. Rozmowa była b e z n a d z i e j n a. To wszystko wygłądało dokładnie tak:
Ja: Hej!
On: Cześć! Idziemy?
Ja: Ugh... nie.
On: Jak to? Czemu?
Ja: Bo coś mi wypadło, a nie miałam do ciebie numeru.
On: Aha.
Ja: Przykro mi.
On: A tak właściwie co ważnego?
Ja: Sprzedawanie obwarzanków na rynku.
On: Aha.
Ja: No... Ten...
Cisza.
On: Kiedy kończysz?
Ja: O czternastej.
On: Przyjdę po ciebie i wtedy pójdziemy.
Ja: Okej. Jakby co będę dokładnie koło Sukiennic.
On: Okej.
Ja: Pa.
On: Pa.
I wyszedł, trzaskając drzwiami, tak że moja mama aż podskoczyła.
- Coś się stało? - pyta.
- Nie... - odpowiadam. - Nie masz się czym martwić.
- Powinnaś już się zbierać - mówi uśmiechając się. - Ja cię nie podwiozę.
- Jak to? Czemu? - dziwię się.
- Powinnaś się przewietrzyć.
- Będę na dworze trzy godziny! - podnoszę głos i mówię z lekką pogardą.
- Udam, że tego nie słyszałam - odpowiada.
Wiem, że jeżeli moja mama postawi na swoim, to się tego nie oderwie. Dlatego, delikatnie poirytowana mówię;
- Dobrze, wiem. Pomożesz mi?
- Jasne.
Po kilkunastu minutach znajdujemy się na dole. Mamy taktykę. Najpierw mama znosi wózek, później mnie. Dlatego, że jestem trochę ciężka, dość długo to trwa.
- Dziękuję - szepczę i czym prędzej kieruję się w stronę drzwi.
Jadę, jadę i jadę. Delikatnie ręce mnie bolą, ale myślę, że dam radę. Nagle zauważam koło siebie niewielką, lecz piękną łąkę. Biegają po niej dzieci. Gonią się wzajemnie, robią razem wianki z kwiatów. Próbują zrobić fikołka i gwiazdę. Tak bardzo, tak bardzo chciałabym teraz wstać z wózka, pobiegać wraz z nimi. Po moich policzkach zaczynają powoli spływać łzy.
- Spokojnie, muszę być silna - szpeczę sama do siebie. Momentalnie odwracam głowę i przyspieszam tempa. Po kilku minutach jestem na miejscu. Mama wcześnie rano przygotowała dla mnie stoisko. Była piekarką. Zazwyczaj ona siedziała tutaj po kilka godzin, teraz czas na mnie. Przysuwam wózek do mojego stanowiska i pierwsze co robię to wyciągnięcie książki ,,Igrzyska Śmierci". Tak, dopiero teraz mam czas ją poczytać. Tylko troszkę poczekała, nie szkodzi. Powoli zagłębiam się w przygody odważnej, silnej Katniss. Chciałabym być taka jak ona. Mieć siłę przetrwać. Ale nie na Głodowych Igrzyskach. Przetrwać wszystkie truności, jakie zafundowało mi życie. Już za chwilę przychodzi pierwszy klient, dlatego momentalnie podnoszę wzrok.
- Dzień dobry - mówię przyjaźnie.
- Dzień dobry - mówi kobieta o zielonych oczach. Nie wiem dlaczego, zawsze zwracam na to uwagę. - Wojtuś, uspokój się. Zaraz Ci kupię tego pluszaka.
- Co dla pani? - pytam i szeroko się uśmiecham.
- Dwie z solą i jedną z makiem. - odpowiada - Dla mojego kochanego smerfa Wojtka - dodaje i odwraca wzrok w stronę małego dziecka, które trzymała za rękę.
Szybko wybieram odpowiednie obwarzanki i podaję kobiecie.
- Dziękuję i do widzienia! - podnoszę głos, ale matka już pobiegła za swoim synkiem, który gdzieś jej uciekł. Ponownie zniżam głowę i zaczynam czytać.
***
Patrzę na zegarek. Za dwie druga. Mimo to Rafał już przyszedł.
- Cześć Katherine, jak poszła sprzedaż? - pyta, a przy tym próbuję nie wybuchnąć śmiechem. Jak zwykle, wszystko go bawi.
- Dobrze - przewracam oczami. - Co nam przygotowałeś? - dodaję.
- Zobaczysz. Musisz to pozbierać? - wskazuję na stoisko z obwarzankami.
- Nie moja mama się tym zajmie - odpowiadam.
- To chodź - mówi i łapie mnie za rękę. Mimowolnie jadę za nim. Po kilku nawet dziesięciu minutach jesteśmy na miejscu. Przed sobą widzę duże metalowe drzwi. Nad nimi jest czerwony napis, namalowany spray'em ,,Jak na wojnie". Wszystko mieści się w jakiś starych, zapustoszałych budynkach, które znajdowały się dość daleko od centrum.
- Gdzie my jesteśmy? - pytam, lekko szczerze mówiąc, wystraszona.
- Na paintball'u laserowym.
- Rafał, ja nie wiem czy mogę - odzywam się.
- Możesz. Pytałem się ich, spokojnie.
I tak oto przekraczamy metalowy próg tego bloku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz