poniedziałek, 9 marca 2015

Czy ta kłótnia musiała zajść?!

Dzisiaj rozdział dość krótki, ale nie martwcie się. Następny będzie dużo dłuższy i ciekawszy. 
Życzę miłego czytania!

ROZDZIAŁ IV
CZY TA KŁÓTNIA MUSIAŁA ZAJŚĆ?!
Wchodzę do domu. Mama siada na starej, strzępionej kanapie. Ach tak. Zapomniałam po raz kolejny, że to przeze m n i e rodzice nie mają pieniędzy. Robi mi się bardzo smutno. Siadam koło niej i zaczynam mówić:
- Mamo, tylko rozmawiajmy, okey? Nie chcę kłótni.
- Jasne. Mów kotku. - odpowiada spokojnie.
- Chodzi o ludzi. Tak okropnie się dziwnie przy mnie zachowują.
- Na przykład jak? - pyta. 
- Patrzą na mnie tak dziwnie, no i ciągle chcą mi pomagać.
- I co w tym złego? - dziwi się.
- To, że mnie to wkurza - mówię.
- Nie myśl tylko o sobie Katheryn. Oni chcą Ci pomóc. 
- To im nie wychodzi - odpowiadam błyskotliwie.
- Przesadzasz córeczko.
- P R Z E S A D Z A M?! - wrzeszczę zaskoczona słowami mamy.
- Jak najbardziej. I to stanowczo - mówi bez wzruszenia.
- Ty nic nie wiesz o tym jak to jest być kaleką! N i c ! Nie wiesz jak to jest budzić się z świadomością, że już nigdy nie pobiegniesz, a co jeszcze gorsze nigdy nie zatańczysz! Nie wiesz jak to jest być uwięziona godzinami na krześle, z którego s a m a się nie ruszysz. Nie wiesz jak to jest wysłuchiwać tych wszystkich porąbanych współczuć!
I tych wszystkich ,,Ojej biedactwo, pomóc Ci?".
- Coś o tym wiem, bo mam niepełnosprawną córkę.
- Nie mamo! Tylko ci się wydaje, że wiesz, ale tak nie jest. Nie mam ochoty na rozmowy. - I po tych słowach kieruję wózek w stronę drzwi oraz ubieram kurtkę.
- Gdzie idziesz? - pyta mama.
- Nigdzie. Jak już to jadę. - odpieram i wychodzę. Zapomniałam o jednym. Cholerne schody. Nagle zauważam na oko dwudziestoletnią kobietę, o pięknych niebieskich oczach i jasno brązowych włosach. Uśmiecha się do mnie. Na pewno nie odmówi pomocy.
- Pomoże mi pani? Chciałabym pobyć na dworze, ale trochę mi schody przeszkadzają.
- A twoja mama? - pyta.
- Jest zajęta - mówię ze smutkiem.
- No dobrze słonko.
Po niedługiej, lecz ciężkiej chwili jestem na dworze. Decyduję się pobyt w Starbucks'ie, więc zmierzam w stronę kawiarni. Uch, nareszcie. Mogę wypić kawę i się wpłakać. Super. Podjeżdżam do lady i mówię:
- Jedno Cappucino, poproszę.
- Już robię. Proszę usiąść przy stole, zaraz przyniosę.
Kusiło mnie, aby powiedzieć ,,ja już siedzę" ale się powstrzymałam.
Opieram się o metalowy, turkusowy stół i decyduję, że to świetne miejsce na okazywanie mej depresji. Która chyba nigdy nie ustanie. Tak sobie myślę, że płaczę w takim fajnym miejscu. Przyjaciele umawiają się tu na kawę albo na desery. Śmieją się. Wygłupiają. Pary całują się przy wygodnych fotelach ustawionych nieco dalej od mojego stolika. Obsługujący cieszą się z hajsu. A ja tu płaczę. I to jeszcze jest to moje ulubione miejsce to okazywania smutku. Dlaczego? 
Wtedy kelnerka przynosi moją kawę. Biorę jeden duży łyk i wspominam wszystko od początku...

1 komentarz:

  1. Bardzo fajne tylko czy ona nie jest za młoda na kawe? A szczególnie cappucino?

    OdpowiedzUsuń